dk. Mariusz Kocoł
msza.net
Święty i diabeł – książką godną przeczytania 13.03.2008

Wstęp

Chciałbym przedstawić książkę Le Vainqueur du Grappin Wilhelma Huenermanna. W Polsce znana jest pod tytułem Święty i diabeł (według tłumaczenia Jana Efrema Bieleckiego OCD). Powieść ta opisuje życie proboszcza z Ars - św. Jana Marii Vianneya. Od chrztu, poprzez jego lata dziecięce, pragnienie bycia kapłanem i przeszkody związane z tym, trudny okres studiów aż do kresu życia, kiedy to umarł w opinii świętości.

Problematyka

Fabuła zaczyna się w 1786 w Dardilly, nieopodal Lyonu, gdy „niewykształceni rodzice” (jak to odnotował wikary w księdze chrztów) przynieśli małego Jana do chrztu. Rodzina, w której przyszedł na świat przyszły święty, mimo swego ubóstwa była bardzo religijna i autentycznie praktykująca. To sprawiło, że dzieciństwo przyszłego świętego było szczególne. Vianneya od dziecka cechowała pobożność – odważnie zachęcał swoich przyjaciół do modlitw, sam je prowadził oraz wygłaszał pierwsze, dziecinne kazania. W międzyczasie wybuchła rewolucja francuska – ciężki okres dla Kościoła francuskiego. Rodzina Vianneyów nie uległa konformizmowi tych czasów, trwała przy swojej prawowiernej wierze. W tym czasie mały Jan przygotowywał się potajemnie do Pierwszej Komunii Świętej i przystąpił do niej w prowizorycznej kaplicy (była to szopa, w której dla bezpieczeństwa zasłonięto wejście sianem). Wkrótce Jan Maria oznajmił w domu, że chciałby być księdzem, lecz spotkał się z ostrym sprzeciwem ojca, ponieważ syn bardziej by mu się przydał do pomocy w gospodarstwie. Od tego momentu zaczął się proces przekonywania ojca, w którym zasadniczą rolę odegrał miejscowy ksiądz proboszcz i matka chłopca. W końcu ojciec zgadza się, ale na drodze do kapłaństwa młodzieńca pojawił się kolejny problem – rewolucja spowodowała, że chłopak przerwał naukę i w związku z tym miał duże zaległości. Janowi pomógł proboszcz Balley z Ecully, który zgodził się uczyć go języka łacińskiego, wymaganego przy przyjęciu do seminarium duchownego. Ów ksiądz także wstawił się za młodzieńcem, gdy ten miał problemy z dostaniem się na wymarzoną uczelnię. Przyswajanie wiedzy Janowi Marii przychodziło bardzo ciężko: chociaż dużo pracował, niewiele było widać postępów. W związku z tym przełożeni seminarium radzili Janowi, by raczej został bratem zakonnym, co on w duchu pokory przyjął, lecz ksiądz Balley odradził tę decyzję i pomógł w przekonaniu władz seminaryjnych, by pozwolono mu zostać. W końcu, mimo wielkich trudności natury intelektualnej, Jan Maria został dopuszczony do święceń. Nie stałoby się tak, gdyby nie dobra opinia księdza Balleya o nim, oraz zauważalny deficyt kapłanów w diecezji. Jan Maria Vianney został prezbiterem w 1815 roku. Przez trzy lata po wyświęceniu neoprezbiter nabierał praktyk jako wikary w Ecully, by potem zostać powołanym na proboszcza w Ars. Było to miasteczko cieszące się złą sławą. Liczyło niewiele mieszkańców i cztery karczmy a duszpasterstwo było poważnie zaniedbane. Młody proboszcz spotkał się niską moralnością i prostactwem ludzi. Postawił więc sobie za cel przywrócenie moralności w swojej parafii, toteż bardzo dużo się modlił, poddawał się ciężkim postom i biczowaniu. Obwiniał siebie za to, że jego parafianie są daleko od Boga. Szczególnie martwiły go te osoby, które przesiadują w karczmach, oraz sami prowadzący bary. Ksiądz Jan sprzeciwiał się tańcom, jako tym, które pochodzą od Złego. Niektórzy mieszkańcy uważali go za dziwaka, który nadmiernie wtrąca się w ich życie, mimo to proboszcz nie dawał za wygraną, chciał całkowicie odnowić oblicze Kościoła w Ars i moralność mieszkańców miasta. Rozdawał wszystko co miał, gdy tylko ktoś go o to poprosił. Odmawiał sobie wszystkiego, spał na materacu w piwnicy, nosił włosiennicę. Idąc ulicą potrafił oddać spodnie czy buty pierwszemu lepszemu napotkanemu żebrakowi. Poprzez swoje ubóstwo, surowe posty, częste wyrzeczenia oraz wytrwałą modlitwę, nieraz leżąc krzyżem, zaczął pomału odradzać moralnie zobojętniałych parafian. Dla większości był wzorem postępowania. To przede wszystkim skłaniało ich do zmiany swego zachowania. Jednak święty kapłan nie zadawalał się tymi postępami, chciał dokonać czegoś więcej. Zajął się więc problemem ubogich dzieci, dla nich też chciał zrobić coś pożytecznego. Postanowił otworzyć „Dom Opatrzności” dla sierot. Było to bardzo trudne, wydawało się wręcz niemożliwe, ale Jan Maria nie dawał za wygraną. Modląc się do Marii Panny z La Sallet otrzymał niezbędne fundusze, a co za tym idzie, udało mu się założyć ową instytucję. Z czasem działalność „Domu Opatrzności” rozszerzała się, uczono w nim dziewczynki, potem chłopców podstawowej wiedzy i prac domowych, gdyż dzieci te nie miały innej możliwości zdobycia wiedzy. Do szkółki przybywały nawet dzieci z oddalonych miejscowości, w związku z tym zapewnił im możliwość nocowania. Te akty nie pozostały bez oddźwięku – z każdym rokiem przybywała ilość wiernych przystępujących do sakramentów. Święty odwiedzał swoich parafian, rozmawiał z nimi przyjacielsko, nawet z tymi, którzy nie byli mu przychylni. Proboszcz nie tylko walczył ze złymi nawykami mieszkańców Ars, ale także ze złem osobowym – regularnie nawiedzał go demon, który próbował go przestraszyć. Święty, dzięki pomocy Bożej, nieustannie modląc się dawał sobie z nim radę, jednak ta walka bardzo go wyczerpywała. Nawiedzenia złego ducha potęgowały się, gdy proboszczowi coraz bardziej udawało się wyplewić grzechy z ludzi. Mimo że Jan Maria miał znaczące postępy w duszpasterstwie, wyrzucał sobie, że robi za mało, że się nie nadaje. Kilka razy próbował opuścić Ars, lecz za każdym razem mieszkańcy upraszali go, by wrócił. Ta niebywała skromność świętego jest zaskakująca. Szacunek dla osoby Świętego Proboszcza szerzył się po okolicach tak, że przyjeżdżali do niego różni pielgrzymi, by się z nim spotkać, porozmawiać, wyspowiadać. Jan Maria spędzał w konfesjonale po kilkanaście godzin dziennie, a kolejka do spowiedzi ciągle rosła. Ludzie twierdzili, że ma on dar czytania sumień ludzkich. Pod wpływem jego nauk nawracali się nawet najbardziej zatwardziali grzesznicy. Była w nim taka siła argumentów, taka życzliwość, żarliwość, tyle osobistej świętości, że liczba słuchaczy ciągle rosła. Miał w zwyczaju penitentom zadawać niewielką pokutę za ich ciężkie grzechy, a później sam pokutował umartwiając się. Niestety ten styl życia, skromne posiłki, mało lub całkowity brak snu nie pozwolił proboszczowi długo cieszyć się życiem. Wyczerpany nadludzką pracą ksiądz proboszcz Jan Maria Vianney odszedł w opinii świętości do domu Ojca, po zasłużoną nagrodę w niebie w 1839 roku.

Wnioski

Uznałem, że akurat ta pozycja godna jest polecenia, gdyż według mnie, pozwala ona pogłębić wiarę i uwydatnić duchowość. Powieść zawiera w sobie wiele szczegółów z życia świętego, które mogą służyć nam jako wzór postępowania, zwłaszcza w trudnych chwilach. Uważam, że książka szczególnie wiele dobrego może przynieść osobom przygotowującym się do kapłaństwa – klerykom. Doda im siły i otuchy w czasie egzaminów i zmagań z seminaryjnym życiem. Nauczy samokrytyki, wyzbywania się egoizmu, skierowania swojego wzroku na innych – na ludzi, do których Pan Bóg ich posyła. Także dla świeckich Święty i diabeł stanowi ciekawa lekturę, szczególnie teraz, w czasach, gdy rynek wydawniczy opanowany jest przez liberalno-neopogańską literaturę. Pierwiastek żywego i zdolnego do poświęceń chrześcijaństwa zawsze przyniesie korzyść. Powieść w ciekawy, wciągający sposób opisuje życie świętego, który stanowi przykład cnót dla każdego. Jan Maria Vianney jest szczery, pokorny, bogaty wewnętrznie, przy czym ubogi zewnętrznie, zdolny do poświęceń, nawet kosztem swojego zdrowia. Jak bardzo te cnoty potrzebne są dzisiejszemu człowiekowi. Dlatego też tę książkę serdecznie polecam każdemu.

do góry